Wiosna i lato – zdawałoby się, że to właśnie wtedy najlepiej jest wziąć ślub. Promienie słońca, ciepłe powietrze, pozytywna aura... Budząca się wiosną do życia przyroda i szumiące na drzewach liście w pełni gorącego lata. A zima? Czy to dobry czas na zalegalizowanie związku?
Chociaż ślub to dla pobierających się ludzi przede wszystkim silne przeżycie duchowe to, nie ukrywajmy, chyba każda panna młoda marzy o tym, by właśnie w tym dniu zaprezentować się jak najpiękniej i zachwycić nie tylko przyszłego małżonka, ale i wszystkich zgromadzonych w kościele lub urzędzie gości. Olśnić ich piękną suknią, makijażem, fryzurą. Z tego też względu wiele kobiet wybierając datę ślubu, niejako odruchowo decyduje się na taki miesiąc, w którym pogoda powinna dopisać, a tym samym pozwolić na zaprezentowanie się w pełnej krasie. Pytane o to przyszłe panny młode mają zazwyczaj jedną odpowiedź: „Jasne, że lato albo późna wiosna! Bo jak tu stać przed kościołem, przyjmować kwiaty i życzenia, gdy na głowę leje się deszcz, a skóra sinieje z zimna?”. A jednak są i takie pary, które decydują się na ślub o innej, najchłodniejszej porze roku – zimą.
Gdy z nieba prószy śnieg...
Płatki śniegu spadające z nieba to widok romantyczny – zwykle jednak pod warunkiem, że obserwuje się je siedząc w ciepłym mieszkaniu i spoglądając w okno. Nie wszyscy jednak podzielają ten pogląd.
- Swój ślub brałam w styczniu- mówi Agata- I przyznam, że to był rewelacyjny wybór. Godzina była późna, bo 18:00, także na dworze było całkiem ciemno. Wokół kościoła świeciły jednak latarnie,
a z nieba sypały się drobne płatki. Sceneria była po prostu bajkowa, wszyscy byli zachwyceni.
Na uwagę o niskiej temperaturze, Agata wzrusza ramionami.
- Nie zauważyłam tego, zupełnie nie było mi zimno. Rozgrzewały mnie emocje. Poza tym na sukni miałam narzutkę, obszytą takim delikatnym puchem, więc przybieranie zielonego kolorytu na twarzy też nie wchodziło w grę. Podczas ślubu nie miałam jej na sobie, ale świadkowa zarzuciła mi ją na ramiona jak tylko wyszliśmy z kościoła.
Zimowych panien młodych jest coraz więcej. Wybierają ślub zimą między innymi z uwagi na fakt, że łatwiej jest znaleźć wówczas wolny termin i wolną restaurację.
- Przyznam, że luty jako miesiąc do zawierania związku małżeńskiego, wydawał mi się na początku koszmarnym pomysłem- śmieje się Beata- Ale byliśmy z Marcinem w kropce. Marzył mi się ślub w jakiś piękny, letni dzień, chciałam, żeby to był sierpień. Wiadomo: ciepło, przyjemnie, mogłabym mieć suknię z odkrytymi ramionami, rozwiany welon, kwiaty we włosach i tak dalej... Okazało się jednak, że ani na sierpień, ani na lipiec, na żaden z tych cieplejszych miesięcy, nie ma wolnej sali! Zaczęliśmy szukać zaraz po zaręczynach, to był koniec czerwca, rok wcześniej. I właśnie na ponad rok do przodu wszystkie ciekawsze lokale były już zarezerwowane. Właściciele stwierdzili, że możemy zostawić numer telefonu i odezwą się, gdyby jakieś miejsce się zwolniło, ale nie chcieliśmy ryzykować. I wtedy Marcin zasugerował, żebyśmy ślub wzięli wcześniej, w styczniu albo w lutym. W restauracji, która nam się najbardziej podobała, było kilka wolnych terminów właśnie zimą. Niechętnie, ale zgodziłam się. I warto było! Zwłaszcza, że dodatkowo sporo oszczędziliśmy, bo z właścicielką lokalu, a także z upatrzoną orkiestrą, udało nam się trochę potargować i spuścili z ceny. Właśnie z uwagi na fakt, że niewiele par było zainteresowanych lutym...
Pozytywnych aspektów zimowych ślubów jest znacznie więcej. Te pary, które pobrały się zimą podkreślają, że łatwiej jest wówczas zorganizować sobie nie tylko przyjęcie ślubne, ale i znaleźć wolnego fotografa czy kamerzystę, do których na czerwiec czy lipiec są potworne kolejki. Wszyscy podkreślają też niesamowitą scenerię towarzyszącą zalegalizowaniu związku.
- Rzeczywiście, jest w tym coś bajkowego - przyznaje Beata - Oczywiście możemy mówić o sporym szczęściu, bo gdy braliśmy ślub pogoda była wymarzona. Gdyby trafiła nam się śnieżyca, albo wręcz odwrotnie, jakaś odwilż, to pewnie nie wspominalibyśmy tego dnia z takim sentymentem. Ale warto było zaryzykować.
Inne czasy, inne warunki
Czy niechęć do ślubów zawieranych zimą wynikała tylko z pragnienia pięknej pogody, czy może kryje się za nią coś więcej?
- Kiedyś niechętnie pobierano się w te najchłodniejsze miesiące głównie ze słusznej obawy przed zmarznięciem- zauważa pani Basia, właścicielka salonu sukni ślubnych- W większości kościołów było po prostu przeraźliwie zimno, marzli goście, ale przede wszystkim młoda para, która przecież nie mogła stać przy ołtarzu w kożuchach i szalikach. Jeśli już decydowano się na taki zimowy ślub, to zwykle ze względu na okres Bożego Narodzenia, bo to była, i zresztą wciąż jest, bardzo popularna data. Zauważyłam jednak, że teraz zimowe miesiące wkradają się powoli do łask narzeczonych. W kościołach jest ciepło, a gdy młodzi wychodzą na zewnątrz, mogą na siebie narzucić coś ciepłego, ale i efektownego. Jest wiele naprawdę pięknych narzutek, eleganckich szali, rękawiczek, które choć są niezwykle delikatne i pięknie komponują się ze strojem, to jednocześnie dają ciepło.
Rzeczywiście, wystarczy poprzeglądać katalogi sukien, by przekonać się jak piękne są suknie z „zimowymi” dodatkami. Może zatem czas zerwać ze stereotypami związanymi z braniem ślubu wiosną i latem? Zwłaszcza, że wiele par które się na taki krok zdecydowały, nie żałuje swojej decyzji.
- Warto, naprawdę warto- powtarza z uporem Agata- I nie jestem w stanie zrozumieć skąd ta niechęć do zimy. Czy to takie rewelacyjne uparcie stawiać na „oklepane” miesiące? Przecież rok ma tych miesięcy dwanaście! I trzeba z tego korzystać. Ślub zimą to prawdziwa rewelacja.